instagram facebook instagram
  • ♥
  • O mnie
  • Kategorie
    • Fotografia
    • Ciąża
    • Macierzyństwo
    • Lifestyle
    • Podróże
    • Przemyślenia
    • Zojostylówka
    • Mamostylówka
  • Kontakt
  • Usługi foto

Fotografia, podróże, macierzyństwo

 


 
Cześć!
Dzisiejszy post będzie typowo macierzyński. Chciałabym napisać o trudnościach powrotu na ścieżkę zawodową po urlopie macierzyńskim - zwłaszcza w sytuacji takiej, jak moja, czyli braku pracy po tym urlopie. 
Pierwszą trudnością była chyba ogólnie ujęta niewiedza. Los postanowił nas jeszcze "dopieścić", w związku z czym Paweł razem ze mną szukał pracy. Nie wiedzieliśmy które z nas ją znajdzie najpierw, w jakich będzie godzinach, jaką będziemy mieli płacę. Przed końcem mojego urlopu Paweł wyjechał za granicę na miesiąc, abyśmy mieli jakieś oszczędności. Wtedy też zarezerwowaliśmy miejsce w żłobku dla Zoi. Tutaj także nie wiedzieliśmy jak to będzie z miejscami w żłobkach we wrześniu, dlatego postanowiliśmy mieć w zanadrzu cokolwiek.
To "cokolwiek" okazało się strzałem w kolano, głównie w momencie, w którym oboje zostaliśmy zatrudnieni. Ja pracuję od 6:00, Paweł od 7:00, a żłobek... najwcześniej otwarty od 7:30... Nasze wpisowe oczywiście przepadło i zostaliśmy w sytuacji bez wyjścia. Pozornie. Postanowiłam zadzwonić do żłobka, w którym kiedyś pytałam o wolne miejsca, ale ich nie było. Okazało się, że 1. września jedno dziecko przechodzi do przedszkola, więc zwolni się dokładnie jedno miejsce. Kilka godzin, kolejne wpisowe zapłacone, umowa podpisana. Z jednej strony odetchnęłam z ulgą.

PIERWSZY ŻŁOBEK - 3 DNI ADAPTACJI
Na podstawie tego doświadczenia uważam, że adaptacja bez wydłużania czasu pobytu dziecka w żłobku jest nie efektywna (oczywiście w przypadku naszej Zojki, z każdym innym dzieckiem może być inaczej). W każdy z tych trzech dni Zoja spędziła w żłobku dokładnie godzinę. I z każdym dniem było gorzej. Mogło być też tak, że "ciocie" nie przypadły jej do gustu. Ostatniego dnia miałam duże wyrzuty sumienia odbierając ją całą zapłakaną, z czerwoną buzią i spuchniętymi oczkami... I przyznam się szczerze, że to był drugi powód, który utwierdzi mnie tylko w sensowności zmiany placówki.

DRUGI ŻŁOBEK - 4 DNI ADAPTACJI
Pierwszego dnia udało mi się zaprowadzić ją osobiście. Była tam godzinkę. Kiedy po nią przyszłam była zapłakana, ale to, co zobaczyłam - szczerze upewniło mnie, że zmiana żłobka to był dobry wybór. Była wtulona w "ciocię", a nawet nie chciała się od niej oderwać, kiedy inna powiedziała jej, że mama przyszła! Dopiero kiedy usłyszała mój głos to wyciągnęła ręce do niej. Czułam, że jest tam zaopiekowana i otrzymuje tyle czułości, ile potrzebuje w trudniejszych momentach. Kolejnego dnia została już na 2 godziny, odprowadzona i odebrana przez moją kuzynkę. Znowu trochę płakała, ale momentami dołączała do zabawy z dziećmi i było lepiej niż dzień wcześniej. Kolejną rzeczą, która upewniła mnie, że nasza decyzja była słuszna, były... smsy od "cioć" ze żłobka! Siedząc w pracy na szkoleniu i głowiąc się co tam u niej, czy wszystko okej, otrzymanie takiej wiadomości ze zdjęciem to nieopisane uczucie!

Kolejnego dnia spędziła tam już 4 godziny i wnioskując po kolejnych zdjęciach od "cioć" było dużo lepiej!


I ostatniego, czwartego dnia adaptacji, została sama na 6 godzin - odprowadzona i przyprowadzona przez Babcię. Następnie przyszedł weekend odpoczynku od żłobka i od poniedziałku ruszyliśmy już z docelowymi godzinami pobytu Zojki w żłobku. Trochę się obawiałam, ale ten mały skurczybyk, mimo że jeszcze malutki i wrażliwy, świetnie się tam odnalazła!

MOJE GŁÓWNE ZMARTWIENIE: SAMODZIELNOŚĆ
Zoja nie może mieć w żłobku swojego kubeczka z rurką na picie ani butelki z mlekiem, które jeszcze pije przed drzemką. Panie w żłobku chciałyby także, aby potrafiła samodzielnie jeść. Oczywiście na razie jej pomagają, ale kładą duży nacisk na samodzielność w tym temacie. Kiedy to usłyszałam i zaczęłam o tym myśleć - naprawdę się przestraszyłam. Jednak kiedy przegadałam sprawę z Pawłem i kilkoma mamami, które były lub są w temacie, trochę mi przeszło. Zoja nie jest niejadkiem. Uwielbia próbować nowych rzeczy i w ogóle bardzo lubi jeść - więc to jeden wielki plus w tych warunkach. Jeśli nie poradzi sobie sztućcami - zje wszystko rączkami, więc przestałam się o to zamartwiać. 
Wrzucam ten post w etykietę "zlobek", ponieważ na pewno jeszcze nie jeden w tej serii się pojawi. Kolejny planuję napisać za jakiś miesiąc, opisując jak nam ten czas minął i jak dajemy radę. ;) Mam w planie także opisać na co powinniśmy zwracać uwagę przy wyborze żłobka, bo to jak my wybraliśmy pierwszy - było chyba najgorszym sposobem z możliwych, haha.

 Dajcie znać jeśli macie jeszcze jakieś pytania!
Buziaki :-*

PS. Ten post napisałam w pierwszym tygodniu uczęszczania Zojki do żłobka. Od tamtej pory minął miesiąc. W następnym poście dowiecie się czy/jeśli tak, to co się zmieniło odkąd Zoja przebywa między dziećmi każdego dnia; jak u nas z odpornością; czy Zojkson nie chodzi głodna?:o - i wiele innych rzeczy, które przyjdą mi do głowy w trakcie pisania. :D


10/01/2020 1 komentarze


Czym jest dla mnie intymność w związku?

Bliskością. Na pewno czymś wyjątkowym. Dzięki niej nasza relacja jest inna niż każda pozostała, którą mamy z innymi ludźmi. Intymność to dla mnie tylko nasze sprawy, nasze rozmowy, szepty i spojrzenia. Jest zarazem przyjaźnią, tajemnicą, miłością, zakochaniem, ale też pożądaniem i takim zwykłym podobaniem się sobie, choć nie uważam, żeby intymność sprowadzała się tylko do cielesności - wręcz przeciwnie.

Jak o nią dbamy?

Przynajmniej przez 15-20 minut dziennie spędzamy czas tylko we dwoje. Czasem uda się to zrobić w ciągu dnia, a czasem dopiero kiedy kładziemy się do łóżek. Wtedy po prostu leżymy obok siebie i się tulimy. Rozmawiamy, albo milczymy. Patrzymy sobie w oczy, albo z zamkniętymi miziamy się po dłoniach, plecach. 

Jemy razem posiłki. Szczerze, to dla mnie jedna z kluczowych rzeczy zarówno w związku, jak i później w rodzinie. Spędzanie wspólnego czasu przy posiłkach to fajna okazja, żeby wykazać się kulinarnie albo skomplementować osobę gotującą, no bo przecież "przez żołądek do serca", ale też pogadać o ludzkich sprawach - nawet o tym jak było w pracy, szkole, jak minął dzień, co nas dziś ucieszyło. Dacie wiarę, że badania wykazują, że w parach, które wspólnie spędzają czas przy kolacji jest nie tylko więcej śmiechu, ale i seksu? ;-)

Szepczemy sobie miłe słowa przed snem. I w 100% poważnie Wam powiem, że nie jestem w stanie przypomnieć sobie choć jednego wieczoru bez tego "naszego rytuału" i jestem skłonna uwierzyć, że jeszcze odkąd jesteśmy razem, czyli od 2,5 roku taki wieczór się nie zdarzył. Życzymy sobie kolorowych snów, mówimy sobie proste "kocham Cię", ale też często coś więcej, jak cieszę się, że jesteś, dobrze Cię mieć, jesteś cudownym człowiekiem, nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie, jesteś wyjątkowy/wyjątkowa - albo przepraszam, że byłem dziś nie w humorze; wybacz że nie miałam dla Ciebie dziś czasu. Ogromnie lubię te wyznania. Choćbyśmy się cały dzień na siebie wkurzali i kłócili o pierdoły - kilka takich słów wieczorem to miód na serce i skołatane nerwy.

Czy czasem wkrada się u nas rutyna?

Oczywiście. 

Jak ją zwalczamy?

Szybko. Jedziemy na wycieczkę i poznajemy nowe miejsca. Albo na zakupy, kupujemy krewetki i przyrządzamy je razem. Albo idziemy na spacer i wstępujemy do jakiejś kawiarni, żeby usiąść gdziekolwiek poza domem. Szukamy filmu, który zmusi nas do przemyśleń i rozmów. 

Nie zaniedbujmy się. Zabiegajmy o siebie - niezależnie od tego, czy jesteśmy razem pół roku, czy 15 lat w małżeństwie. Starzejmy się ze sobą i cieszmy się tym. Starzejmy się, ale nie zatracajmy w sobie młodości, motylków w brzuchu, szaleństwa. Wygłupiajmy się, bawmy, śmiejmy, kochajmy, marzmy i walczmy o siebie każdego dnia. Traktujmy się z miłością i szacunkiem. Nie traćmy się. 



Zdjęcia wykonane w Szajna SPA Rymanów Zdrój.


8/18/2020 19 komentarze

 

Jestem idealną Mamą.

Dla swojego dziecka. 

I Ty też nią jesteś - dla swojego. Ty też, i Ty także. 

Każda z nas jest idealną Mamą dla swoich dzieci.



Jeszcze zanim dowiedziałam się, że będę mamą - wiedziałam, jaką mamą chcę być.
Chcę dawać mojemu dziecku poczucie bezpieczeństwa, zaufanie ode mnie, ale też i do mnie. Chcę, żeby wiedziała, że zawsze może na mnie polegać, że wszystko może mi powiedzieć. Oprócz tego, żeby o tym wiedziała - chcę, żeby z tego korzystała. Chcę dawać jej możliwości. Możliwości poznawania, zwiedzania świata, możliwości próbowania czego zechce - jazdy konno, pływania, czy gry na ukulele. Chcę dawać jej możliwość popełniania błędów i wyciągania z nich wniosków. Chcę dawać jej możliwość bycia nieidealną, ale zawsze dobrą, empatyczną i rozważną. Chcę dawać jej możliwość bycia SOBĄ.




Jeśli będzie chciała włożyć strój batmana na zakupy - powiem jej "śmiało!". Chcę, żeby była dzieckiem najdłużej jak będzie mogła i wykorzystując ten dziecięcy czas najmocniej, wyciskając z niego najmniejszą kropę wspomnień, przygód, radości, śmiechu, płaczu, braku odpowiedzialności, zabawy, zawsze rozdrapanych kolan, czy rączek w piasku.




Chcę dać jej najpiękniejsze dzieciństwo, jakie jestem w stanie, okraszone ciepłem, bezpieczeństwem, wartościami, miłością, prawdą, szczerością i opatulone naszymi "tatowymi" i "maminymi" ramionami.


 Bo... jestem idealną mamą.


Strój mamy: góra House, dół h&m.
Strój Zoi: flamingi Lindex (sh) , biedronka Nutmeg (sh)


Miejsce: Zalew Kryspinów k.Krakowa


8/15/2020 2 komentarze

    Naszła mnie taka myśl o 1:52. Moja miłość się zmieniła.
    Nie kocham z takim zapałem jak kiedyś, nie płaczę po nocach z tęsknoty, nie dzwonię z każdym pierdołowatym problemem o pomoc, nie krzyczę, że Go potrzebuję, nie szukam zainteresowania (może też dlatego, że nie muszę - bo to wszystko Ty dajesz mi sam z siebie).
Czy to źle? Myślę, że nie. Moja miłość się zmieniła, bo... dojrzała. A poza tym zmieniła się moja świadomość. Od Ciebie dostałam nową miłość. Od Ciebie dostałam nową, inną pewność. Taką... pewną. Po prostu.
    Czuję i wiem, że to miłość na zawsze i mam wszystko, czego potrzebuję. Mam bezinteresowną miłość. Mam poczucie bezpieczeństwa. Mam zaufanie. Mam szczerość. Mam możliwość bycia sobą. Nie muszę nic ukrywać, oszukiwać w obawie o kłótnię, nie muszę nikogo udawać. Nie muszę nic nikomu udowadniać. Wiem, że jesteś. Czuję, że jesteś. Nawet jeśli Cię nie ma - jesteś. I wiem, że zawsze będziesz. Czuję, że zawsze będziesz. Głośno, donośnie - albo cichutko, zaraz obok. Wiem, że wszystko Ci mogę powierzyć. Wiem, że wszystko Ci mogę oddać. Wiem, że zawsze staniesz po mojej stronie. Wiem, że nie jesteś idealny. Wiem, że masz wady i swoje problemy. Wiem też, że wszystko to w Tobie kocham. Wiem, że rozwiążemy razem nawet największy kłopot. Wiem, że ze wszystkim damy sobie radę. Nawet jeśli będziemy nadzy. Nawet jeśli będziemy zmęczeni. Nawet, jeśli dosięgnie nas złe. Wiem, że to przetrwamy. Wiem, że to ogarniemy. Wiem, że sobie z tym poradzimy. Wiesz skąd to wszystko wiem? Bo każdy z czasowników kończy się na "my".
    Dobrze, że jesteśmy. 










7/16/2020 1 komentarze


Po pierwsze: nie wiem. 
    Byliśmy razem z Pawłem całe 3 miesiące zanim zamieszkaliśmy razem. Już przed wspólnym mieszkaniem spędzaliśmy naprawdę sporo czasu wspólnie, mimo że dzieliło nas prawie 200km(!). Od tamtej pory najdłużej nie widzieliśmy się przez... 3 dni. ;) Dzisiaj sytuacja życiowa, zawodowa i finansowa zmusiły nas do dłuższej rozłąki. 2 miesiące z krótką przerwą. Czy to dużo? Zależy dla kogo. Dla nas sporo, zwłaszcza teraz. Dzięki Zojeczce dni lecą mi naprawdę szybko. I chyba to jest kwintesencja tego, jak trzeba radzić sobie z rozstaniem. I to niezależnie od tego, czy to rozstanie na zawsze, czy na moment. Trzeba mieć zajęcie. Na początku to trudne, zwłaszcza przy tym rozstaniu na zawsze. Jednak z czasem wchodzi w nawyk, a później zapominasz po co tego zajęcia szukałaś. Moją pracą niemal 24/7 jest Zoja, która absorbuje naprawdę sporo czasu. Dzięki Niej choć odrobinę mniej tęsknię. Paweł sporo pracuje, co też odciąga trochę Jego myśli. Mimo to nie wyobrażam sobie Jego tęsknoty, biorąc pod uwagę  jak cudownym jest Tatą. My mamy tutaj przynajmniej siebie, jesteśmy we dwie. Codziennie rozmawiamy na kamerce, robimy "hej-hej", wysyłamy buziaczki, a na końcu robimy "papa" i mówimy "halo tata". Czy to chociaż namiastka dotyku, przytulenia, ululania przez Tatę, czy wspólnej zabawy? Mam nadzieję, bo tylko taką namiastkę jestem w stanie im obojgu dać. Wierzę, że to ma sens. Wierzę, że każdą kłodę pod nogami można później wrzucić w ognisko, które rozpali kolejny etap w życiu - lepszy etap! Wierzę, że "kiedy Bóg zamyka nam drzwi - otwiera nam okno". Uważam, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Za kilka lat, albo nawet miesięcy oboje stwierdzimy, że dzięki temu, co działo się wczoraj, dzisiaj, czy jutro - mamy to, co mamy. Nie potrafię tak po prostu załamać rąk, usiąść i płakać. No, może chwilę, ale zaraz po oczyszczeniu głowy biorę się w garść i walczę o swoje. Bo jak nie ja, to kto? Jasne, że zawsze znajdzie się ktoś "życzliwy" - ba! jestem pewna, że już są takie osoby, które nie życzą mi najlepiej. Dlaczego? Nie wiem. Zazdrość? Może. Choć szczerze nie wiem czy jest mi czego zazdrościć. Wszystko, co mam to zasługa moich wyborów i decyzji. Ty także decydujesz o sobie i możesz wybierać, podejmować decyzje. Czy czasami miałam z górki? Jasne. Życie to koło fortuny i prędzej czy później jest z górki. Ale tak samo prędzej, czy później robi się pod górkę - sztuką jest ustawić odpowiednią przerzutkę i dalej jechać w przód! Pamiętaj o tym. ;) 
7/05/2020 No komentarze

Cześć!
Dzisiejszy post będzie nieco... psychologiczny? Chyba tak to mogę określić. W ostatnim czasie sporo się u nas działo. Zojka miała swój pierwszy (i mam nadzieję ostatni) pobyt w szpitalu z powodu rotawirusa. Choroba dziecka - to pierwsza taka sytuacja w naszym życiu, nowa i na pewno niełatwa. Oczywiście w szpitalu przebywała razem ze mną. Spędziłyśmy tam 5 dni, tylko albo aż, a ja zdążyłam zaliczyć mały dołek - ale tak to u mnie jest z pobytami w szpitalu, a raczej z pobytami z dala od Pawła. Bo to On jest dla mnie największym wsparciem w trudnych sytuacjach, a kiedy nie może być przy nas to czuję się nieswojo. Ale! To już za nami, wszystko jest okej, Zojkson jest już zdrowy jak ryba i walczymy, żeby tak zostało! 


W ostatnim czasie miałam okazję wziąć udział w teście osobowości PERSO-IN. Czym jest? Co może nam dać? W skrócie jest to narzędzie, które umożliwia nam poznanie swojej osobowości, cech, predyspozycji, mocnych i słabych stron, a także tego, jak można je wykorzystać
w praktyce.

Test polega na uzupełnieniu ankiety internetowej, która jest później analizowana przez system opracowany przez ekspertów i na tej podstawie zostają wyliczone wyniki osobowości.
Następnie tworzony jest 45-stronicowy raport opisujący nasze naturalne predyspozycje i instrukcje - jak wykorzystać swoje cechy w życiu. Taki raport może zostać omówiony z certyfikowanym trenerem, którego możemy zapytać o wszystko, co dla nas niejasne. 

Ja miałam przyjemność rozmawiać z przesympatyczną trenerką Patrycją - swoją drogą bardzo wyrozumiałą! Pierwszy termin przypadł na nasz pobyt w szpitalu i mimo że dałam znać już po czasie, że jestem niedyspozycyjna - nie był to żaden problem. Ustaliłyśmy kolejny termin i wszystko udało nam się sprawnie omówić (nawet z Zojką na kolanach, która postanowiła się wtedy obudzić).

W moim odczuciu taki test powinien być obowiązkowy dla każdego kandydata do pracy i dołączany do CV. Pracodawcy mieliby wówczas jasność, czy na dane stanowisko zatrudniają odpowiednią osobę. Test wykonałam w takim momencie swojego życia, który uważam za najlepszy na taki krok. Jestem w połowie swojego macierzyńskiego, który skończy się za niecałe 6 miesięcy. Będę musiała wtedy podjąć decyzję co dalej z moją karierą zawodową. Raport PERSO-IN znacząco rozjaśnił mi tę kwestię i pozwolił mi poznać siebie jeszcze lepiej.

Istotnym faktem jest dla mnie to, że ten kwestionariusz wykazał bardzo wysoką wiarygodność naukową, a co za tym idzie jest naprawdę wiarygodny i rzetelny. Wynik podzielony jest na 5 kategorii: LUDZIE, DOŚWIADCZENIA, OBOWIĄZKI, STYMULATORY, TRUDNOŚCI, a także kilka podkategorii, na których naniesione są nasze wyniki, a do tego szczegółowo opisane. 


Następnie po omówieniu danej sfery dowiadujemy się w jakich miejscach możemy się sprawdzić, czytamy wskazówki jak wykorzystać taką wiedzę, a także możliwe przewagi i ryzyka, jakie nasze cechy za sobą niosą. A to nadal nie jest wszystko! Na kolejnych stronach przedstawiane są nam style funkcjonowania w różnych sferach życia - po raz kolejny zobrazowane i opisane nasze wyniki.

W całym raporcie było kilka rzeczy, z którymi nie do końca bym się zgodziła, ale na pewno nie jestem obiektywna wobec siebie. Dałam więc przeczytać swój raport Pawłowi i w 99% stwierdził, że faktycznie taka jestem! Co ciekawe, nawet w miejscach, w których ja nie do końca odnajduję siebie.

Oprócz raportu otrzymałam także skróconą jego formę, którą chętnie się z Wami podzielę!

KLIK

Takie testy można zafundować swoim pracownikom, sobie samemu, czy chociażby uczniom w szkołach - co może nieść za sobą naprawdę wiele korzyści. Oprócz samego testu gorąco zachęcam Was do poczytania bloga PERSO-IN. Znajdziecie tam mnóstwo interesujących artykułów, zwłaszcza jeśli tak jak ja lubicie artykuły psychologiczne.

Korzystaliście kiedykolwiek z jakichkolwiek narzędzi tego typu? 
Może w Twojej szkole lub pracy przeprowadzano podobne testy? 
Co o nich myślisz?

Buziaki :*



3/03/2020 2 komentarze
     
     Od niedawna wreszcie zaczęłam inwestycję w siebie. Jakiś czas temu kupiłam zestaw studyjny - trzy tła i dwie lampy. I to był w zasadzie taki pierwszy, milowy krok w stronę marzeń. Ostatnio podjęłam kolejny i jestem w trakcie kursu z podstaw fotografii i obróbki zdjęć w Lightroomie. A apetyt rośnie w miarę jedzenia. Kolejnym krokiem będzie na pewno jakieś szkiełko, najlepiej jasne, stałoogniskowe, chociaż ja nie o tym!
     Wiecie, po prostu czasami warto jest pomyśleć o sobie. I to wcale nie jest egoistyczne! Wręcz przeciwnie! TY jesteś osobą, o którą powinieneś walczyć przede wszystkim. To, jak poprowadzisz swoje życie wpłynie później także i na to, jak będzie wyglądało życie rodziny, którą założysz. Tutaj jest mój priorytet. Chciałabym, żeby Zoja nie miała mamy pracującej na cały etat i zmęczonej - tylko taką, która robi w życiu to, co kocha i ma dla niej tyle czasu, ile potrzebuje. Muszę jej pokazać, że marzenia to przyszłość. Bo w końcu, gdyby nie marzenia - czy istniałby facebook albo iphony? Albo cokolwiek, co tylko przyjdzie Wam do głowy? Wszystko, co posiadamy, co jemy, co oglądamy i co czytamy, co słuchamy i co ubieramy - wszystko to, a nawet i więcej, jest wynikiem cudzych marzeń, które wreszcie się ziściły. Skoro oni mogli - dlaczego Ty miałbyś być gorszy?

Miejmy marzenia




1/27/2020 1 komentarze
Spóźnione - ale musi być!

STYCZEŃ

Dowiedzieliśmy się, że mały skrzat rośnie w moim brzuchu - i na tym głównie opierał się cały rok. Pierwsze wizyty u lekarzy, badania, dużo stresu i nerwów. W międzyczasie spontaniczny wypad do Zakopanego. <3


LUTY

Super Walentynki dla Pawła <3 Przygotowałam mnóstwo balonów, torcik i parę innych, uroczych rzeczy. :D Odwiedziła mnie Mama z rodzeństwem i udało mi się zrobić kilka fajnych zdjęć.


<12 tc>

MARZEC

Mała wycieczka do Lanckorony - piękna wioska, do której zresztą później jeszcze raz wróciliśmy w 2019 :D Po raz kolejny dużo stresu, głównie związanego z pracą i ogarnięciem wszystkiego związanego z naszą małą niespodzianką, załatwianie badań i szukanie mieszkania.


KWIECIEŃ


Moje 21. urodziny! W tym miesiącu poznaliśmy też płeć mojego brzuszka. :D



MAJ


Wreszcie trochę odetchnęłam od pracy, wszystko w miarę się ustabilizowało, a 25 maja otrzymaliśmy klucze do nowego mieszkania! <3



CZERWIEC


Powoli zbliża się końcówka ciąży. Kompletujemy wyprawkę i szykujemy dziecięcy pokoik. Mała wycieczka do Kryspinowa.






LIPIEC

Wycieczki, wycieczki! Mam wrażenie, że to dzięki pozostawaniu tak aktywną, sam poród przebiegł tak fajnie i sprawnie. Znowu byliśmy na Kryspinowie, świętując urodziny przyjaciela. :D Później przyjechała w odwiedziny do nas moja mama z rodzeństwem i ciocia z synami. Pokazaliśmy im Dobczyce, Lanckoronę, Wadowice. Zdążyłam jeszcze pojawić się na weselu swojej kuzynki !





SIERPIEŃ


Kolejne odwiedziny, małe wycieczki i oczekiwanie, żeby 21 sierpnia wreszcie ją poznać <3 Więcej na temat ciąży i narodzin pisałam tutaj<.

<37 tc>



WRZESIEŃ

Uczymy się funkcjonować we troje <3


PAŹDZIERNIK

Udało nam się wyjść z 2-miesięczną Zojką na Morskie Oko !



LISTOPAD


Chrzest Zojki - pierwsza taka duża "impreza" rodzinna organizowana przez nas i u nas. :)




sukienka - selfieroom

GRUDZIEŃ

Dużo nieprzyjemnych sytuacji, przykrych słów. Święta Bożego Narodzenia załagodziły wszystkie konflikty - piękny czas, choć naprawdę bardzo męczący.







Zoja, aka Zojka, Zojkson, Zojanusz, Zojek, Andżelina, czy Ferdynand - to już dojrzała, niemal 5miesięczna kobietka, która zmieniła w tym roku nasze życie o 180* i strzelam, że w kolejnych latach pozmienia je do tego stopnia, że braknie skali. :D Pewnie, że się bałam jej przyjścia na świat (i nie mam tutaj na myśli porodu). Pewnie, że miałam obawy, a na początku ciężko było mi przełknąć to wszystko, ale wiecie co? Kiedy na nią patrzę - nie cofnęłabym czasu za żadne skarby! Jest najcudowniejszym dzieckiem, jakie moglibyśmy sobie wymarzyć - albo jeszcze cudowniejsza! Jest po prostu idealna. I w ogóle jest fajnie, rodzinnie, ciepło u nas. Uczymy się codziennie nowych rzeczy przy niej, uczymy się też siebie nawzajem. Dowiaduję się nowych rzeczy o Pawle, a on pewnie o mnie. Poznajemy siebie i swoje zachowania w nowych sytuacjach. I jest po prostu DOBRZE. <3


1/17/2020 1 komentarze
Older Posts

OBSERWUJ

  • INSTAGRAM
  • TIKTOK
  • FACEBOOK

Labels

blog ciąża food fotografia inspiracje Irlandia kosmetyki lifestyle makeup maternity podróż podsumowanie poród postanowienia przemyślenia recenzja style ślub tag TESTUJĘ wishlist wnetrza Wroclove zlobek Zojostylówka zwierzęta

Created with by ThemeXpose